Pokój, który nie uspokoił Europy
Traktat wersalski z 28 czerwca 1919 r. zamknął I wojnę światową, ale nie usunął jej przyczyn. Marszałek Ferdinand Foch — francuski dowódca, uhonorowany także buławą brytyjską i polską — ocenił go krótko: to nie pokój, lecz rozejm na dwadzieścia lat. Pomylił się o kilka tygodni.
Polska odzyskała niepodległość po 123 latach, ale o kształt granic musiała walczyć: w powstaniach śląskich i wielkopolskim, a w 1920 r. z bolszewicką Rosją. Państwa przegrane weszły w okres upokorzenia i kryzysu. W Niemczech ruch komunistyczny należał do najsilniejszych w Europie — w Bawarii przez niespełna miesiąc 1919 r. istniała Bawarska Republika Rad. Bieda i poczucie krzywdy sprzyjały radykałom po obu stronach politycznej barykady, w Niemczech, we Włoszech i w Rosji.
Sojusze, które miały zabezpieczyć II RP
Po zwycięskiej wojnie z bolszewikami Polska zbudowała system przymierzy. W 1921 r. podpisała sojusz polityczno-wojskowy z Francją oraz konwencję z Rumunią, wymierzoną przeciw agresji ze wschodu; rozszerzyły ją traktaty z 1926 i 1931 r., które nadały gwarancjom charakter ogólny. Wiosną i latem 1939 r. doszły konwencja wojskowa z Francją oraz — 25 sierpnia 1939 r. — układ o wzajemnej pomocy z Wielką Brytanią.
Warszawa miała też podpisane układy o nieagresji z oboma przyszłymi najeźdźcami: pakt o nieagresji ze Związkiem Sowieckim z 25 lipca 1932 r. (przedłużony w 1934 r.) oraz polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r. Warto tę drugą nazywać precyzyjnie: formalnie nie był to pakt, lecz deklaracja — i to ona posłużyła Berlinowi do rozluźnienia więzi Polski z Zachodem.
We wrześniu 1939 r. najbardziej realnej pomocy udzieliła Polsce Rumunia, choć nie weszła do wojny. Powód był praktyczny: Warszawa nie uruchomiła wobec Bukaresztu zobowiązań sojuszniczych, bo neutralna Rumunia była potrzebna jako droga tranzytowa i zaplecze „przedmościa rumuńskiego”. Gwarancje francuskie i brytyjskie pozostały natomiast na papierze.
Rapallo: początek współpracy Berlina z Moskwą
Pakt Ribbentrop–Mołotow nie był początkiem niemiecko-sowieckiej kooperacji, a jej finałem. Współpracę gospodarczą i wojskową oba państwa nawiązały już w 1922 r., przy okazji rokowań w Rapallo, a następnie rozwijały ją tajnymi porozumieniami. Niemcy obchodzili w ten sposób ograniczenia zbrojeniowe traktatu wersalskiego — szkolili kadry i testowali sprzęt na sowieckich poligonach. Izolowana na arenie międzynarodowej Rosja sowiecka zyskiwała technologie i specjalistów.

Delegacje Niemiec i Rosji sowieckiej w Rapallo, 1922 r. (Fot. Bundesarchiv, Bild 183-R14433 / CC-BY-SA 3.0)
1933–1939: krok po kroku
W 1933 r. władzę w Niemczech objął Adolf Hitler. Odrzucenie postanowień wersalskich, zbrojenia, roboty publiczne i rozbudowana polityka socjalna kupiły mu poparcie bardzo różnych grup społecznych. Cel był jednak jeden: rewizja granic i zdobycie „przestrzeni życiowej” — Lebensraumu.
Kolejne etapy przechodziły bez sprzeciwu mocarstw. W 1936 r. Wehrmacht wkroczył do zdemilitaryzowanej Nadrenii. W marcu 1938 r. Rzesza wchłonęła Austrię. W październiku 1938 r., na mocy układu monachijskiego podpisanego przez Niemcy, Włochy, Wielką Brytanię i Francję bez udziału strony czechosłowackiej, zajęła Sudety. W marcu 1939 r. rozbiór dopełniono: 14 marca parlament w Bratysławie proklamował Republikę Słowacką z ks. Jozefem Tiso na czele, dzień później Niemcy zajęli ziemie czeskie, tworząc Protektorat Czech i Moraw. Powstało w ten sposób nowe, całkowicie zależne od Berlina państwo, które pół roku później wzięło udział w agresji na Polskę.
23 sierpnia 1939 r. w Moskwie podpisano pakt Ribbentrop–Mołotow. Jego tajny protokół dzielił Europę Środkową na strefy interesów, wyznaczając linię podziału Polski w przybliżeniu na Sanie, Wiśle i Narwi. Dla II Rzeczypospolitej był to wyrok.
Plan „Fall Weiss” i rola Słowacji
Prace nad planem ataku na Polskę Sztab Generalny prowadził od kwietnia 1939 r., po tym jak Warszawa uzyskała gwarancje brytyjskie. „Fall Weiss” zakładał kampanię kilkunastodniową i uderzenie z trzech kierunków: zachodniego, północnego — z Prus Wschodnich — i południowego, z Protektoratu Czech i Moraw oraz ze Słowacji. Główne siły polskie miały zostać okrążone i rozbite na zachód od Wisły.

Niemiecki plan uderzenia na Polskę we wrześniu 1939 r. (Fot. Wikipedia)
Tu potrzebne jest uściślenie, bo w popularnych opisach zadania armii słowackiej bywają przeszacowane. Do kampanii Słowacja zmobilizowała 30 sierpnia ponad 51 tys. ludzi i sformowała Armię Polową „Bernolák” pod dowództwem gen. Ferdinanda Čatloša — trzy dywizje piechoty z jednostkami wsparcia, podporządkowane niemieckiej 14. Armii gen. Wilhelma Lista. Jej zadaniem była osłona wschodniego skrzydła Niemców i uniemożliwienie polskiego wejścia na Słowację, a w dalszej fazie zajęcie południowych powiatów województw krakowskiego i lwowskiego. Słowackie dywizje ruszyły 1 września około godz. 5.00 w trzech kierunkach — podhalańskim, nowosądeckim i bieszczadzkim — i dotarły w okolice Nowego Targu, Krynicy i Sanoka. Straciły 18 zabitych, kilkudziesięciu rannych i 11 zaginionych. Pod Warszawą nigdy się nie pojawiły; z wojskowego punktu widzenia ważniejsze od samych walk było udostępnienie Niemcom słowackiego terytorium, baz i linii komunikacyjnych.
Dla czytelników z Pomorza Zachodniego istotny jest inny fragment tego planu. Północne ramię niemieckiego uderzenia — 4. Armia gen. Günthera von Kluge, z II Korpusem gen. Adolfa Straussa, III Korpusem gen. Curta Haasego i XIX Korpusem Pancernym gen. Heinza Guderiana — wyszło z terenów niemieckiego wówczas Pomorza Zachodniego i miało przeciąć „korytarz pomorski”, łącząc Rzeszę z Prusami Wschodnimi. Odcinkami ochrony pogranicza dowodzili generałowie Leonhard Kaupisch, z komendą w Szczecinku (Neustettin), i Fritz Büchs. Broniąca tego kierunku polska Armia „Pomorze” gen. dyw. Władysława Bortnowskiego została 1 września zaatakowana jednocześnie z zachodu i z Prus Wschodnich.
Prowokacje
Pretekstu do wojny Niemcy szukali od tygodni. W nocy z 25 na 26 sierpnia dywersyjna grupa Abwehry napadła na stację kolejową w Mostach koło Jabłonkowa, próbując opanować tunel jabłonkowski. Ta akcja nie była zaplanowaną prowokacją, lecz wypadkiem przy pracy: Hitler odwołał atak wyznaczony pierwotnie na 26 sierpnia, a do oddziału nie dotarł rozkaz odwrotu.
Prawdziwą inscenizacją była natomiast prowokacja gliwicka z 31 sierpnia — jeden z kilku fingowanych incydentów granicznych przeprowadzonych w ramach tzw. akcji Himmler. Około godz. 20.00 grupa Niemców podająca się za powstańców śląskich zajęła bez oporu radiostację w Gliwicach, wówczas należących do Rzeszy. Napastnicy nie znaleźli tam studia — mikrofony stały w drugim obiekcie, cztery kilometry dalej — więc posłużyli się tzw. mikrofonem burzowym, używanym kilka razy w roku do ostrzeżeń pogodowych. Z kilkuminutowego komunikatu w eter poszło dziewięć słów o radiostacji w polskich rękach. Na miejscu pozostawiono zwłoki zamordowanego wcześniej Franciszka Honioka, Górnoślązaka o polskich sympatiach, jako „dowód” napaści. Dwie godziny później niemieckie rozgłośnie nadawały już komunikaty o polskich prowokacjach.
Rankiem 1 września, w mowie w Reichstagu wygłoszonej około godz. 10.00, Hitler powtórzył to kłamstwo i użył zdania, które przeszło do historii: od godziny 5.45 „odpowiadamy ogniem”. Podana przez niego godzina nie zgadza się z niczym — plan „Fall Weiss” przewidywał rozpoczęcie działań o 4.45, a walki trwały już od kilku godzin.
Świt 1 września
Uderzenie poszło wzdłuż całej granicy polsko-niemieckiej oraz z Protektoratu Czech i Moraw i ze Słowacji. Długość frontu wyniosła około 1600 km.
Symbolami tego dnia stały się trzy miejsca. O godz. 4.34 nad Tczewem pojawiły się niemieckie bombowce, których zadaniem było uniemożliwienie Polakom wysadzenia zaminowanych mostów na Wiśle — strategicznej przeprawy między Rzeszą a Prusami Wschodnimi. O 4.45 pancernik szkolny „Schleswig-Holstein”, stojący w Gdańsku od 25 sierpnia pod pretekstem wizyty kurtuazyjnej, otworzył ogień na Westerplatte. I wreszcie Wieluń — niespełna siedemnastotysięczne miasto 21 km od granicy, bez garnizonu, przemysłu, węzła komunikacyjnego i obrony przeciwlotniczej — zostało zbombardowane przez nurkujące Ju 87 z 4. Floty Powietrznej. Zrzucono na nie kilkaset bomb o łącznej masie około 46 ton, niszcząc trzy czwarte zabudowy; jedne z pierwszych bomb spadły na szpital z namalowanym na dachu znakiem Czerwonego Krzyża. Szacunki liczby zabitych wahają się od kilkuset do ponad dwóch tysięcy.

Zbombardowany Wieluń. (Fot. Wikipedia)
Godzina nalotu na Wieluń pozostaje przedmiotem sporu historyków i uczciwiej jest o tym napisać, niż go przemilczeć. Tradycyjna data — 4.40, uwieczniona na tablicy pamiątkowej z 1959 r. — opiera się na dzienniku bojowym niemieckiej eskadry i na relacjach świadków, i oznaczałaby, że pierwsze bomby spadły kilka minut przed strzałami na Westerplatte. Dr Grzegorz Bębnik z katowickiego oddziału IPN dowodzi jednak, że nalot rozpoczął się o 5.40, bo w Rzeszy i w Polsce obowiązywał ten sam czas strefowy; tę godzinę przyjął też IPN w dokumencie umarzającym śledztwo. Niezależnie od rozstrzygnięcia sporu charakter ataku się nie zmienia: celem był bezbronny ośrodek bez znaczenia militarnego.
Bilans sił
Dysproporcja była ogromna, choć konkretne liczby różnią się w zależności od przyjętej metody liczenia. Najczęściej podawane w polskiej historiografii dane mówią o około 1,8 mln żołnierzy niemieckich, 2,8 tys. czołgów, 10 tys. dział i blisko 3 tys. samolotów. Część opracowań, liczących wyłącznie siły faktycznie skierowane przeciw Polsce, podaje ok. 1,5 mln żołnierzy i od 1,8 do 2,3 tys. samolotów. Strona polska mogła przeciwstawić najeźdźcy około miliona żołnierzy, 880 czołgów — w większości lekkich czołgów rozpoznawczych — 4,3 tys. dział i 400 samolotów.
Od Bzury do Kocka
3 września wojnę Niemcom wypowiedziały Wielka Brytania i Francja. Żadne z tych państw nie podjęło działań zbrojnych, które odciążyłyby polski front. Największą batalią kampanii stała się bitwa nad Bzurą, rozpoczęta w nocy z 9 na 10 września kontruderzeniem armii „Poznań” i „Pomorze” na odsłonięte skrzydło niemieckiej 8. Armii.
Klęskę przypieczętowała agresja sowiecka 17 września — pogwałcenie obowiązującego paktu o nieagresji i realizacja tajnego protokołu z 23 sierpnia. Tego samego dnia w Kutach nad Czeremoszem odbyło się ostatnie posiedzenie rządu II Rzeczypospolitej. Granicę rumuńską prezydent Ignacy Mościcki, rząd premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego i Naczelny Wódz marsz. Edward Rydz-Śmigły przekroczyli w nocy z 17 na 18 września — marszałek już po północy. W Rumunii zostali internowani, co wywołało kryzys prezydencki i doprowadziło do powołania władz na emigracji.
Warszawa kapitulowała 28 września, Hel — jako ostatni punkt obrony wybrzeża — 2 października. Ostatnią bitwę kampanii stoczyła jednak Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” gen. bryg. Franciszka Kleeberga, sformowana w połowie września z rezerwistów i ochotników. W dniach 2–6 października pod Kockiem, na Podlasiu, rozbiła niemiecką 13. Dywizję Piechoty Zmotoryzowanej, ale wobec wyczerpania amunicji musiała złożyć broń. 6 października gen. Kleeberg odebrał ostatnią defiladę i podpisał akt kapitulacji — jako ostatni polski generał w polu.
W walkach z Niemcami poległo około 66 tys. polskich żołnierzy, a 133–134 tys. zostało rannych; kolejne tysiące padły w starciach z Sowietami. Do niewoli obu agresorów trafiło blisko 700 tys. ludzi, około 80 tys. przedarło się do państw neutralnych. Wojna, która zaczęła się nad Wieluniem i Westerplatte, objęła niemal całą Europę, wschodnią i południowo-wschodnią Azję, północną Afrykę, część Bliskiego Wschodu i wszystkie oceany, a jej ofiary liczy się w dziesiątkach milionów.
Opis i źródło zdjęcia wyróżniającego:



















