Autor książki „Rzeźnik z Niebuszewa. Seryjny morderca i kanibal czy kozioł ofiarny władz PRL-u?” udzielił wypowiedzi, w której poddał w wątpliwość winę Józefa Cyppka. Jarosław Molenda wrócił do tematu opisanej przez niego w 2019 roku historii najokrutniejszej zbrodni popełnionej w powojennym Szczecinie.
Mrożące krew w żyłach zdarzenie miało miejsce 11 września 1952 roku. Tego dnia, późnym wieczorem milicjanci zostali wezwani do jednego z mieszkań na Niebuszewie. Na miejscu napotkali widok, który musiał zostać z nimi do końca życia. Mężczyźni w domu Józefa Cyppka znaleźli poćwiartowane i bezgłowe zwłoki 20-letniej Ireny Jarosz, sąsiadki właściciela mieszkania. Kobieta była mężatką i matką kilkumiesięcznego dziecka. Ta historia wstrząsnęła nie tylko Szczecinem, ale całą Polską. Sprawcę makabrycznej zbrodni okrzyknięto psychopatą, a z przecieków ze śledztwa narodziła się legenda o „Rzeźniku z Niebuszewa” – kanibalu, który zabił kilkadziesiąt osób.
Pisarz zaznaczył, że łatka seryjnego mordercy, która przylgnęła do „Rzeźnika z Niebuszewa” jest legendą. Molenda przypomniał, że Cyppek do winy przyznał się wyłącznie raz w – jego zdaniem wymuszonych przez Milicję Obywatelską i UB – zeznaniach. Mężczyźnie udowodniono tylko jedną zbrodnię, a z jego późniejszego listu z prośbą o ułaskawienie skierowaną do Bieruta wynikało, że morderstwa i ćwiartowania miał dokonać jego sąsiad, który prowadził tamtego dnia libację alkoholową.
Według twórcy książki w dokonaniu tej szokującej zbrodni rzeczywiście brał udział jeszcze ktoś inny. Sugeruje on, że ówczesne władze potraktowały sprawę powierzchownie, chcąc szybko znaleźć winnego i wymierzyć mu sprawiedliwość. Poćwiartowane zwłoki sąsiadki znalezione zostały w mieszkaniu Józefa Cyppka, więc nie zagłębiono się wystarczająco w szczegóły morderstwa, całą odpowiedzialnością obarczając „Rzeźnika”. Tymczasem tego dnia z potencjalnym zabójcą biesiadowała para sąsiadów, którzy nie zostali nawet przesłuchani.
POLECAMY TAKŻE:



















