Całe miasto pokrywają rysunki graffiti. Nawet komunikacja miejska jest zabazgrana, co nie wygląda jak metropolia, do której aspiruje Szczecin. Niestety trudno dostrzec działania służb w kwestii łapania i usuwania bazgrołów. Mieszkańcy ul. Szafera postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Mieszkańcy mają już dość
Elewacje odmalowywane są kilka razy w roku, jednak ciągle nowe bohomazy pojawiają sę na ścianach. Mieszkańcy nie chcą już dłużej ponosić kosztów odnawiania po wandalach. Mają już dość i dlatego powstała inicjatywa szukania sprawców na własną rękę. W tym celu posługują się zabezpieczonym monitoringiem i dokumentacją zdjęciową.
Prawo i życie nie idą w parze
To, czy wykonanie szpecącego graffiti kwalifikuje się jako wykroczenie, czy jako przestępstwo, zależy od wartości oszacowanych szkód. Jeśli nie przekraczają one 420 złotych, mamy do czynienia z wykroczeniem. Sprawa podlega wówczas Straży Miejskiej i tam należy ją zgłosić. Jeżeli natomiast według naszych oszacowań przywrócenie obiektu do poprzedniego stanu kosztować będzie więcej niż 500 zł, powinniśmy zwrócić się do Policji, w grę wchodzi bowiem przestępstwo.

W przypadku wykroczenia karą jest zwykle areszt, ograniczenie wolności lub grzywna. Jeśli zaś chodzi o przestępstwo, konsekwencje są poważniejsze. Najsurowszy wymiar kary to pozbawienie wolności do 5 lat. Ponadto, jak zauważa Mariusz Ciarka, z Komendy Głównej Policji, gdyby udało się udowodnić, że w ciągu jednej nocy ta sama osoba zniszczyła kilka obiektów, można mówić o działaniu ciągłym, za które grozi nawet 7,5 roku kary pozbawienia wolności. Tak wygląda teoria.
W praktyce jednak graficiarze traktowani są dosyć łagodnie. Rzadko bowiem zniszczenia kwalifikowane są jako przestępstwo, a jeśli już, to wandale karani są niewielką grzywną lub ograniczeniem wolności.
Zdarza się w Polsce, że muszą sami naprawić wyrządzone szkody i przywrócić obiekt do poprzedniego stanu. Ta kara, zdaniem Waldemara Domańskiego, szefa miejskiego zespołu zadaniowego ds. ograniczenia bazgrołów w Krakowie, powinna być stosowana zdecydowanie częściej. Nauczyłaby bowiem wandali odpowiedzialności za zniszczenia, których tak lekkomyślnie się dopuszczają.
Konsekwencja i nieuchronność dotkliwej kary to jedyny sposób
Jest jednak jeszcze jeden problem, który utrudnia ściganie miejskich wandali. Według polskiego prawa zgłosić zniszczenie może każdy, ale tylko właściciel oszpeconego obiektu może domagać się ukarania sprawcy. Tymczasem właściciele z reguły kwitują całą sprawę machnięciem ręki i nie zwracają się do policji ani straży miejskiej, bo „i tak go nie złapią”.
Postawa rezygnacji nie sprzyja ściganiu grafficiarzy, którzy czują się coraz bardziej bezkarni. Jeśli nawet odmalujemy oszpeconą elewację – wkrótce wrócą i znów zostawią po sobie ślad. Zabawa w kotka i myszkę może trwać w nieskończoność, tymczasem, jak zauważa Waldemar Domański, nie mamy wcale do czynienia z potężną armią wandali, ale ich niewielką, bardzo aktywną grupką. Wystarczyłoby ich wyłapać i surowo ukarać, aby uczynić wreszcie miasto czystszym i piękniejszym.

Polecamy także:
Zaniedbany pomnik Rodła. Jest petycja do prezydenta
Szczecin Zatańczyli poloneza na kilkaset par [FILM] [FOTO]
Żegnaj przedszkole



















